| Dam pracę - czyli poszukiwania nowej roboty |
|
| 02.12.2008. | ||
|
Ostatnio podjąłem myśl: trzeba zmienić pracę (mam nadzieję, że mój obecny szef tego nie czyta, zresztą nie podejrzewam go o to aby umiał obsłużyć inny program poza Gadu-Gadu). Jako więc informatyk któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy przystąpiłem do poszukiwań.
Punkt pierwszyPracując jednocześnie w różnych dziwnych miejscach wiedziałem czym te kanalie przyciągają nieświadomych wydymania. Z takim założonym na oczy filtrem, z zapasem środków do przeżycia - nastawionym dużym dzbankiem kawy i kartonem papierosów - przystąpiłem do poszukiwań. Zanim rozpocząłem przeglądanie jakichkolwiek ofert wiedziałem - mniej - więcej - jakie są moje kryteria nowego miejsca zatrudnienia. Wiadomo, lepsze warunki, czy wyższa pensja, mniej godzin które trzeba przesiedzieć aby swoje wysiedzieć. Jednak po obecnym swoim miejscu pracy bardziej zależało mi na samodzielnym stanowisku administratora, najchętniej zamkniętym w czeluściach serwerowni, niż na posadzie "specjalitsty IT od czyszczenia klawiatur". Choć z drugiej strony zawsze pociągała mnie droga i przestrzeń, więc podjąłem myśl o roli przedstawiciela handlowego. Wszak z idiotami na stołkach stykałem się cały czas, więc może powkurzać innych? Z takimi założeniami przystąpiłem do działania. Serwisów oferujących łatwe i przyjemne znalezienie pracy jest mnóstwo. Firm z branży HR - również. To wszyscy wiedzą, więc po cholerę mam tracić czas na przeglądanie tych samych ogłoszeń. Po wybraniu 20 serwisów szybki rekonesans po stanach własności poszczególnych domen oraz wpisach DNS i z 20 serwisów zostało 10. Kolejna kwestia: wyłączenie wszelkich reklam typu pop-up. Szkoda czasu, miejsca na pulpicie, ruchów myszBMWki. Zadanie numer 3 - zablokowanie możliwości gadania przeglądarce (oj, gdy zaczynasz rozmawiać z maszyną, znaczy że trzeba iść spać). Rozpoczynamy przeszukiwanie. Kryteria używane przez pracodawców.
oznacza to ni mniej n więcej, że trafiłeś na ogłoszenie telemarketingu. Czyli będziesz musiał dzwonić do ludzi, zajmować im czas i rujnować swoje nerwy tylko po to, aby zarobić tyle co kobieta w Biedronce. Na samym początku będzie małe pranie mózgu, jaki to nasz produkt jest wspaniały i elegancki, następnie zostanie poczynione krótkie przygotowanie do obsługi aplikacji (człowiek który przeprowadza takie kursy jest chyba najbardziej uczciwie pracującą osobą w firmie), a po trzech godzinach zasiadasz do swojego stanowiska. Tego dowiedziałem się od ludzi którzy w takich instytucjach funkcjonowali. Inne stosowane sztuczki.
Prezes zdziwiony (bo przecież sam wybierał meble!) zapytał mnie o to, co chciałbym zrobić. Stwierdziłem, że szafa z elektroniką powinna stać najbliżej wejścia (a nie pod oknem), Na pytanie o izolację dachu powiedział, że oszczędzali i nie ma wełny mineralnej na tej częsci (znajdowałem się nad halą produkcyjną. Poprosiłem o obietnicę zainstalowania na wiosnę klimatyzatora. Kolejne zdziwienie. Dalszy pukt, widząc twarz prezesa i jego latorośli, zapytałem się czy chcą, aby dane były bezpieczne, i czy taka ma być moja rola. Odpowiedź była twierdząca, więc na szybko dokonałem listy zakupów. UPS'y, serwer, router, oraz trochę innej elektroniki. Dyrektor stwierdził, że komputer mieli kupiony, ale syn nie był w stanie na nim nic zainstalować (poprzedni informatyk, jak ię okazało zakupił przed ucieczką 2 procesorową maszynę). Jednak gdy nie udało się nic zainstalować syn wyciągnął jakąś kartę (kontroler RAID) i dwa dyski, i teraz ma bardzo dobry komputer. Poprosiłem o fakturę. Za 20 tysięcy które wydali na serwer miałby nie tylko super wydajny komputer, ale wiele innych gadżetów. Zapytałem się, czy może go przywieźć, stwierdził, że dopiero w przyszłym miesiącu, bo ma ważne zdjęcia (pewnie z urodzin). To mi dało do myślenia. Ponieważ szef nie wiedział jak ma wyjść z impasu, zaprosił mnie na kawę, którą mieliśmy wypić u niego w gabinecie. Latorośle dołączyły. Pan syn począł wypytywać się o moje doświadczenie, stwierdzająć, że 2 lata pracy jako informatyk uczelniany nie upoważnia mnie do pouczania go o sprzęcie, ponieważ zapewne tamta szkoła nie miała takich dobrych komputerów. Nie wiedziałem czy płakać czy się śmiać, bo w szafie było komputerów tyle ile u nich na całym zakładzie i mimo kilkunastu miesięcy pracy wydajność miały porównywalną. Dalej, człowieczek stwierdził, że on UPS'a nie używa i w firmie UPSów nie potrzeba. Na pytanie o ilość linii przypiętych do budynku odpowiedział, że pewnie jedna, na pytanie (bo nie chciałem prosić o plan sieci elektrycznej) ile znajduje się w budynku tablic z bezpiecznikami odrzekł, że nie wie. Wtrącił ojciec, który zawyrokował, że 4, z czego jedna specjalnie na część biurową. Stwierdziłem, że temat UPSów przeforsuję przy najbliższej okazji, gdy młodzieży nie będzie na horyzoncie. Problem łącza... firma korzystała z neostrady, która nijak miała się do komercyjnego, roboczego zastosowania. Pan syn stwierdził, że łącze zamawiał z panią córką i wzięli najlepsze jakie może być. Zapytałem się, ile godzin jedzie do domu. Odrzekł że 4. Po chwili odrzekłem, że gdyby jechał samochodem o nazwie Neostrada, cztery razy w przeciągu trasy musiałby zmieniać koła, a całą drogę jechałby na biegu wstecznym. Biedak, nie zrozumial. Wszystko wydawałoby się spoko, gdyby nie fakt, że w momencie podpisywania umowy szefu zapytał się o status samochodu. Na moją odpowiedź, że jest on pożyczony stwierdził, że to źle, bo on myślał, że będę mógł robić raz na jakiś zaopatrzenie "po drodze". Co prawda to "po drodze" było drugim końcem miasta, na co prezesunio stwierdził, że widziałby mnie również w roli handlowca, bo tak fajnie potrafię wytłumaczyć laikowi (i tutaj cała puszka wazeliy), a taki samochód byłby idealny. Tu pojawiła się troska o to, co się stanie, gdy będę musiał w nocy o północy dojechać, bo awaria. Uśmiechnąłem się, mówiąc, że niestety ten samochód mój nie jest i dzisiaj go mam okazjonalnie, jednak firma mogłaby użyczyć mi podobnego pojazdu. Tutaj pan szef wybuchł gniewiem, że jak to tak, dopiero mnie zatrudnił, a ja już chcę mu firmę do góry nogami przewrócić, i pewnie go ograbić, i dupę służbowym samochodem wozić. Pokrzyczał, pokrzyczał, synalek i córunia także coś tam mamrotali, że cham, gbur i prostak. Wiedząc, że nic tu po mnie, pogratulowałem panu prezesowi spostrzegawczości i pożyczyłem miłego dnia. A będąc już w drzwiach skwitowałem, że humoru nawet sobie nie poprawi zwolnieniem mnie, bo niestety nie zdążyłem podpisać umowy.... gdyby miał psa, to by mnie nim poszczuł.... |
||
| następny artykuł » |
|---|
Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego artykułu...

