| Dwa spojrzenia na "globalne ocieplenie" |
|
| 09.12.2008. | |
|
Śniegu nie będzie - pisze w Dużym Formacie Gazety Wyborczej red. Adam Kompowski. Bałtyk cieplejszy, ale plaż mniej. A Hel może być wyspą. Rozmowa z klimatologiem prof. Zbigniewem Kundzewiczem
Wyobraźmy sobie rok 2058. Pana prawnuczka, nazwijmy ją Basią, może mieć 20 lat. Będzie jej dużo cieplej?
- Przewidywałbym ocieplenie globalne o ponad 1 stopień, a w Polsce trochę większe, bo na północy ocieplenie przekroczy średnią globalną. Mojej prawnuczce nie będzie łatwo pojeździć zimą na nartach. Śnieg w większości Polski stanie się rzadkością, o białych świętach Bożego Narodzenia będzie można pomarzyć. Koniec z wypadami w Tatry na narty? - Będzie ciężko, zwłaszcza w niższych partiach gór, na Gubałówce na przykład. Co się jeszcze zmieni? Za 50 lat woda będzie bardzo droga. - W Japonii jest standardem, że woda po myciu rąk trafia do specjalnego zbiorniczka i służy do spłukiwania ubikacji. Myślę, że Basia będzie miała taką instalację. To naprawdę straszny grzech, że do spłukania toalety zużywamy ogromne ilości wody pitnej, drogiej, oczyszczonej. W Izraelu powszechnie korzysta się z tzw. szarej wody - takiej, której nie można pić, ale której można użyć do spłukiwania toalet czy nawadniania pól. To woda po kąpieli, myciu, po płukaniu prania? - Tak, sądzę, że Basia będzie jej używała. Na pewno będzie też zbierała deszczówkę do podlewania ogródka, woda z rynien trafi do specjalnego zbiornika. Czym Basia będzie jeździła? Dziś transport odpowiada aż za jedną czwartą emisji gazów cieplarnianych. - Będzie się poruszała pojazdami bez silnika spalinowego, zapewne rowerem, może będą jakieś superdeskorolki albo hulajnogi, a może upowszechnią się samochody o napędzie wodorowym, elektrycznym lub słonecznym? Jestem pewien, że będzie lepsza komunikacja zbiorowa. Jeśli najważniejsza stanie się redukcja emisji dwutlenku węgla, to wszystkie dotychczasowe kalkulacje zostaną wywrócone do góry nogami. To, co w tej chwili jest nieopłacalne, może stać się bardzo opłacalne. Poza tym wiele podróży jest niepotrzebnych. Mam nadzieję, że upowszechni się teleworking, czyli praca na odległość, przez komputer. Mógłbym być w tej chwili w Chinach i moglibyśmy przez internet prowadzić tę rozmowę, nawet widząc się nawzajem. Może Basia będzie pracowała w domu i tylko raz w tygodniu jeździła do firmy. A na urlop Basia pojedzie nad Bałtyk? Jakie to będzie morze? - Najpierw wiadomość dobra czy zła? Dobra. - Za 50 lat Bałtyk będzie cieplejszy, średnio o prawie 2 stopnie. Latem woda będzie miała jakieś 20 stopni. A zła wiadomość? - Ścieki spływające rzekami, spłukane z pól nawozy powodują, że w morzu, gdy jest ciepło, rozwijają się glony. Ale ten problem możemy rozwiązać. Powstaje mnóstwo oczyszczalni ścieków. Wierzę, że kiedy moja prawnuczka osiągnie pełnoletność, problem zanieczyszczeń w polskich rzekach będzie już rozwiązany tak, jak jest rozwiązany w krajach zachodnich. Ale nawet tam jest problem resztek nawozów i środków ochrony roślin spływających z pól. Można więc wzdłuż rzeczek i strumieni sadzić drzewa, które tworzą naturalne oczyszczalnie korzeniowe. No i trzeba precyzyjnie dozować nawozy. I druga zła wiadomość: nasze piękne plaże, nisko położone, zostaną częściowo zalane. Poziom wody w Bałtyku się podniesie. Cieplejsza woda zajmuje więcej miejsca. Przybędzie też wody z topniejących lodowców, z Arktyki, Grenlandii. Hel może stać się wyspą. Będziemy w Bałtyku uciekać przed rekinami? - Im chyba będzie jeszcze za zimno. Ale kleszcze na przykład, które też kojarzą się z wakacjami, poczują się coraz lepiej. Jest cieplej i mamy ich w Polsce coraz więcej. Są aktywne dłużej. Dlatego takie choroby jak borelioza czy odkleszczowe zapalenie opon mózgowych będą coraz większym problemem. Ale najtrudniejsze do zniesienia staną się częste fale upałów. Kilka dni po blisko 40 stopni to trudne do wytrzymania, zwłaszcza dla starszych ludzi, których będzie coraz więcej. Mieliśmy próbki takiej pogody w 2003 i 2006 roku. A w lesie będzie można znaleźć jakieś grzyby?
Wszystko byłby OK gdybym dwie minuty nie czytał felietonu zamieszczonego w Rzeczpospolitej o tym samym problemie, pióra prof. Zbigniewa Jaworowskiego o odbywającym się szczycie
Co może przynieść światu obradujący właśnie w Poznaniu szczyt klimatyczny? Ten szczyt, podobnie jak zeszłoroczny na wyspie Bali, nie przyniesie żadnych konkretnych rezultatów. To duża impreza, w trakcie której goście mogą się najeść i pobawić na koszt organizatora. Pogląd, że tego typu wydarzenia są zdolne dokonać jakiejś rewolucji, szczególnie w obliczu kryzysu światowego, są błędne. Z drugiej strony jest to niepokojące wydarzenie, a postulowane zmiany w gospodarce światowej związane z ograniczeniem emisji CO2 to straszliwe zagrożenie. Warta uwagi jest też jeszcze jedna rzecz – oto jesteśmy świadkami procesu, gdy na fali nowej ideologii, ubranej w szaty troski o środowisko naturalne, wyłania się nowa formuła organizacji świata, coś w rodzaju światowego rządu. Taki rząd będzie mógł silniej niż przy obecnym podziale świata realizować antycywilizacyjne cele ideologów nowej wiary. Ale szczyt zajmuje się przecież bardzo ważnym zjawiskiem, jakim jest globalne ocieplenie klimatu. Dotyczy to przyszłości całej ludzkości. Nie dostrzega pan tego zagrożenia? To wszystko są manipulacje i zwyczajne kłamstwa. Teza o antropogenicznym pochodzeniu zjawiska efektu cieplarnianego jest rozpowszechniana od lat 70. przez ludzi, którzy poza nadzwyczaj sprawnymi działaniami lobbingowymi nie mogą się pochwalić żadnymi przekonującymi wynikami badań. Nagminnie stosują wybiórcze podejście do danych badawczych i odrzucają te, które nie pasują im do tezy. Doskonałym tego przykładem są argumenty dowodzące wzrostu średniej temperatury na Ziemi od momentu wejścia cywilizacji ludzkiej w erę przemysłową. Stosuje się zabieg stwarzający wrażenie, że przed tym okresem klimat miał stałą i niezmienną charakterystykę. Ten argument mija się z prawdą. Wystarczy wspomnieć o "małej" epoce lodowcowej z przełomu XVII i XVIII wieku. Wtedy rok do roku większość rzek w Europie była zamarznięta, podobnie jak Bałtyk. Do Szwecji jeździło się po zamarzniętym morzu saniami. Podróżni zatrzymywali się w karczmach stawianych na środku skutego lodem morza. Wcześniej mieliśmy ocieplenie – tak zwane średniowieczne, kiedy średnia temperatura globalna była wyższa niż obecnie. Jeszcze wcześniej była niezwykle zimna epoka Merowingów i poprzedzające ją ocieplenie zwane rzymskim, od cesarstwa rzymskiego. Ale środowisku wspierającemu pogląd o niszczycielskiej działalności człowieka te fakty nie pasują do tezy, więc pomijają je milczeniem. Nie ma chyba wątpliwości, że człowiek oddziałuje na środowisko – wystarczy wspomnieć o wyrębie lasów albo o przemyśle, który zatruwa powietrze. A skoro naukowcy się spierają, to może warto dmuchać na zimne? Powtarza pan propagandę ekologów. Proszę zauważyć, że człowiek najbardziej zaingerował w środowisko naturalne, gdy powstało rolnictwo, a więc kilka tysięcy lat temu. Gdyby jednak nie rolnictwo, to nadal mieszkalibyśmy w lasach. Mówi pan: przemysł, i zgoda. Wrzucamy do atmosfery różnego rodzaju związki chemiczne. Głównie dwutlenek węgla. Tylko proszę zwrócić uwagę na proporcje. Jeśli podzielimy strumienie CO 2 na: naturalne (oceany, lądy i wulkany) oraz pochodzenia ludzkiego (samochody, oddychanie ludzi, paliwa kopalne, cement, rolnictwo), to ten drugi stanowi zaledwie 4,7 proc. strumienia naturalnego. Wszelkie dane wskazują, że ocieplenie klimatu nie ma związku z zawartością CO2 w powietrzu. To znaczy wysokość stężenia tego gazu w okresach historycznych jest powiązana skutkowo, a nie przyczynowo z klimatem planety. Najpierw następuje ocieplenie, a dopiero wskutek rosnącej temperatury zwiększa się zawartość dwutlenku węgla w powietrzu. Dzieje się tak dlatego, że najwięcej CO2 jest w oceanach, które im wyższa temperatura, tym bardziej oddają ten gaz do atmosfery. Jeśli nie człowiek i jego działania, to co, zdaniem pana, wpływa na zmianę klimatu na Ziemi? Pogląd, że człowiek może wpływać – świadomie bądź nie – na klimat globalny, jest przejawem pychy. Naszym klimatem rządzi Słońce i naturalne procesy zachodzące na Ziemi. Słońce ma swoje okresy wysokiej i niskiej aktywności. W zależności od tego do Ziemi dociera mniej lub więcej ciepła, co musi odbijać się na wysokości temperatury na naszym globie. Ale to ma o wiele mniejsze znaczenie od zmian magnetycznych Słońca sterujących dopływem galaktycznych promieni kosmicznych do dolnej troposfery, które inicjują tworzenie w niej chmur. Wulkany wprowadzają do atmosfery najwyżej siedem gigaton węgla rocznie, czyli mniej niż ludzie. Człowiek ma w tych sprawach niewiele do powiedzenia. Najnowsze prognozy oparte na przewidywanej aktywności Słońca, które właśnie kończy okres wysokiej aktywności, wskazują na czekającą nas kolejną miniepokę lodowcową, w którą, jak przewidują astronomowie, zaczniemy wchodzić około roku 2020. Natomiast wielka epoka lodowcowa, taka jak ta, która po 100 tysiącach lat trwania skończyła się około 11 tysięcy lat temu, może – jak uczy geologia – nastąpić za 50 albo za 500 lat, ale jest to realne zagrożenie. Ale czy coś się złego stanie, jeśli na wszelki wypadek ograniczymy emisję CO2? Działania środowiska realizującego cele antycywilizacyjne mają doprowadzić do stagnacji gospodarczej, a przez to technologicznej. Szczególnie groźne, z punktu widzenia ekonomicznego, mogą być te konsekwencje dla Polski, która w 95 proc. czerpie energię ze spalania węgla. Ograniczenia emisji CO2 oznaczają radykalny wzrost cen energii nawet o 60 – 100 proc. Przecież to będzie katastrofa. Tym bardziej że nie zdążymy w oczekiwanym czasie przestawić całej gospodarki na inne źródła energii. Pamiętamy wyłączenia prądu z okresu PRL, obawiam się, że mogłoby nas to ponownie czekać. Gdy przyjdzie mróz i ziemię skuje lód, wtedy tylko ta przeklinana cywilizacja i wytworzony przez nią przemysł będą mogły nas uratować. Obawiam się, czy do tego czasu będziemy przygotowani na te trudne chwile, jeśli hamować nas będą sztuczne ograniczenia postępu. Skoro ma pan tak przekonujące dowody, to dlaczego pan i ludzie o podobnych panu poglądach nie organizujecie własnych zgromadzeń na wzór szczytu klimatycznego w Poznaniu. Może ci, którzy wierzą w niszczycielską działalność człowieka, są jednak bardziej wiarygodni? Absolutnie nie. Kiedyś palenie czarownic było normalną praktyką, a rynki niektórych miast były usłane palami na stosy. I nikt z elity intelektualnej nie widział w tym nic wyjątkowego, aż po 200 latach jacyś trzeciorzędni myśliciele zaczęli mówić, że to wariactwo. Nie trwało długo, gdy stosy zniknęły. To, że coś się nie przedostaje do szerokiej opinii publicznej albo jest niezgodne z aktualnie obowiązującą opinią elit, nie oznacza, że nie jest warte uwagi. Żeby się przekonać, o co w tym tak naprawdę chodzi, wystarczy porównać kwoty, jakie są przeznaczane na działania grupy wieszczącej katastrofę wywołaną działalnością człowieka i jej oponentów, do których się zaliczam. Posłużę się danymi z USA, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat dotacje na badania nad ocieplaniem klimatu dla zwolenników tezy o niszczycielskiej sile cywilizacji wyniosły około 50 miliardów dolarów. W tym czasie ich oponenci otrzymali zaledwie 9,5 miliona dolarów, co stanowi 0,02 proc. pierwszej kwoty. Nie ma woli, aby drugiej stronie sporu pozwolić na prowadzenie własnych projektów na dużą skalę, bo wszyscy się boją ataków politycznych. To jest terror naukowy i intelektualny. Nazywa się nas ludźmi niemoralnymi, podobnie jak nasze projekty. Zdarzają się nawet głosy, że takich jak ja należy karać za to, co myślą. Organizacje ekologiczne twierdzą, że troszczą się o przyszłość ludzkości. Zachęcają do konkretnych działań w obronie naszej planety. Państwo tego nie robicie. Nie jestem przekonany, czy zwolennikom tezy o niszczącym wpływie działalności człowieka na środowisko naprawdę, o to chodzi. Jacques -Yves Cousteau, znany badacz mórz i podróżnik zmarły 11 lat temu, autorytet moralny i idol ekologów, powiedział kiedyś, że aby na Ziemi zapanowała równowaga, to "należy eliminować 300 tysięcy ludzi dziennie", czyli 128 milionów rocznie, a inni podobni obrońcy ludzkości i środowiska twierdzą, że liczba ludzi nie powinna przekroczyć 500 milionów. Proszę to zderzyć z obecną liczbą ludności na Ziemi wynoszącą około 6 miliardów. Proszę pamiętać, że drugi raport Klubu Rzymskiego został opatrzony mottem, które brzmiało: "Ziemia ma raka, tym rakiem jest człowiek". Może to zabrzmi brutalnie, ale należy zdać sobie sprawę, że są pewne grupy ludzi, które uważają, że człowiek jest zbędny i należy radykalnie ograniczyć jego liczebność. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zamiast rozwijać cywilizacyjnie Afrykę, wysyłamy tam żywność. Nikomu nie zależy na tworzeniu konkurencji i nikogo nie interesuje los ludzi dziesiątkowanych przez choroby, głód i niedobory wody. Rozwój cywilizacji, gospodarki światowej to postęp technologiczny dający coraz większe szanse na przeżycie w trudnych warunkach, a przez to wzrost liczby ludności. Ale są ludzie, którzy chcą to powstrzymać. W jaki sposób? Odmawia się nam między innymi energii nuklearnej, która mogłaby rozwiązać wiele problemów świata. Mami się nas jakimiś technologiami "ekologicznymi", odnawialnymi źródłami energii. Nie mówi się zaś o tym, że katastrofy wywołane chociażby przez elektrownie wodne, uważane za czystą i bezpieczną technologię, są odpowiedzialne za niesamowite tragedie i śmierć dziesiątków tysięcy ludzi. Przypomnijmy choćby katastrofę tamy w Chinach w roku 1976. Zginęło tam około 200 tys. ludzi.
komentarz: jakoś wolę wypowiedź człowieka który swoje teorie opiera na badaniach naukowych i danych zdobytych w eksperymentach, niż naukowca który udowadnia co by było gdyby.
|
| następny artykuł » |
|---|
Liczba komentarzy (0) - Dodaj swój komentarz do tego artykułu...

